sobota, 18 października 2014

15. Już czas [Koniec]
    Z wczorajszego dnia pamiętam niewiele. Całą noc działo się coś naprawdę dziwnego. Zamieszanie, bieganina, światła. Wszystko wyglądało jak film, w którym obsadzono mnie w jedną z ról. I jeszcze te pytania ze strony innych…
          Jednak dzisiaj rano wszystko ucichło. Aż za bardzo. Mało kto w ogóle rozmawiał. Wszyscy w ciszy udali się na autobusu, który miał odwieść nas do domu.
       Zajęłam byle jakie miejsce i głucho patrzyłam się w przestrzeń. W głowie miałam pustkę. Nie wiedziałam gdzie podziać swoje myśli. Nie miałam na nic sił. Nawet płakanie byłoby dla mnie w tej chwili zbyt wyczerpujące.
-Trzymasz się jakoś? – zapytał wuefista, który dosiadł się do mnie.
-Tak… Jakoś – odpowiedziałam ciężko.
-To ty z Angeliką zawiadomiłaś pomoc, prawda? – zapytał.
-Yhym - pokiwałam twierdząco.
-Bardzo dobrze, że zareagowałyście tak szybko – westchnął. – Mogłoby być naprawdę ciężko.
-Co ma pan na myśli? – zapytałam nagle.
-Chwila zwłoki i naprawdę mogliby nie zdążyć go odratować – mówił podenerwowany.
-Ale nic mu nie jest? – mówiłam coraz żywiej.
-Nie. Dzisiaj mają go przewieść do szpitala w naszym mieście uspokoił mnie trochę. – Choć bardziej zastanawia mnie co go podkusiło, aby wejść na ten cholerny lód! W ogóle nie liczył się z tym, że mógł stracić życie – mówił wściekły.
-To po prostu idiota – odpowiedziałam kończąc rozmowę.

           Nie chciałam dalej drążyć tematu, bo koniec końców musiałabym powiedzieć dlaczego on to zrobił, skąd tam się wziął i dlaczego to akurat Angelika była w pobliżu. Pogrążyłabym tym nas wszystkich.
         Podróż minęła mi w miarę szybko. Nie robiliśmy zbędnych postojów, a kierowcy widać się spieszyło, bo dojechaliśmy w naprawę ekspresowym tempie.
         Po dotarciu na miejsce chwyciłam za swój bagaż i ruszyłam w stronę tramwaju. Samotnie wróciłam do domu. Powoli uchyliłam drzwi i weszłam do środka.
-Wróciłam – powiedziałam słabym tonem.
-Hej – odpowiedział mi dziwnie spokojnie Bartek.

         Bałam się, że po powrocie do domu podekscytowane bliźniaki zaczną zasypywać mnie setką pytań. Jednak myliłam się. W domu panował raczej ponury nastrój. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Weszłam więc do pokoju braci i ujrzałam jak się pakują.
-Co wy robicie? – zapytałam zszokowana.
-Pakujemy się – odpowiedział Łukasz.
-Wracacie do internatu? – mówiłam mając nadzieję, że potwierdzą. Jednak scenariusz okazał się o wiele bardziej mroczny. – Nie musicie. Zostańcie…
-Dobrze wiesz, że nie z tego powodu się pakujemy – mówił ciężko Bartek.
-Postanowiono skrócić na ferie – dodał Łukasz.
-Skrócić? Co masz na myśli – mówiłam coraz bardziej zdesperowana.
-Jutro po południu przyjadą po nasze rzeczy. Twoje również – wyjaśnił Łukasz.
-Wracamy do domu… - dodał Bartek.

                Po tych słowach nastała niezręczna cisza. Wpatrywałam się w bliźniaków jakby mówili do mnie innym językiem. Ja już naprawdę nie mam na nic siły. Od wczoraj każda kolejna godzina jest coraz cięższa dla mnie.
              Było już ciemno. Postanowiłam najpierw wziąć prysznic, a później spakować swoje rzeczy. Po wykonaniu tych czynności spadłam ciężko na łóżko. W środku byłam rozdarta na małe kawałki i wiedziałam, ze dzisiejsza noc będzie jedną z tych dłuższych.
                Rankiem szybko ubrałam się i wyniosłam swoje walizki na korytarz. Bliźniaki chyba jeszcze spały, więc wykorzystałam sytuacja, aby po cichu wyjść z domu. Zostawiłam im jedynie karteczkę, aby nie martwili się o mnie.
-Przed wyjazdem muszę tam pójść…  - powiedziałam sama do siebie.
            Ruszyłam przez miasto, aż moim oczom ukazał się wielki budynek szpitala. Wolno wypuściłam powietrze z ust i przekroczyłam próg budynku. Rozejrzałam się i podeszłam do jednej z pielęgniarek.
-Przepraszam – zatrzymałam ją.
-Tak? W czym mogę ci pomóc? – zapytała odwracając się w moją stronę.
-Szukam chłopaka, o imieniu Grzegorz Wrażej. Najprawdopodobniej jest tutaj – mówiłam ciężko.
-A tak racja – powiedziała patrząc w papiery. – Sala nr. 7. Ale poczekaj tu jeszcze chwilkę.

                Kobieta opuściła mnie. Po chwili jednak przyprowadziła doktora i zostawiła mnie z nim.
-Jesteś z rodziny? – zapytał mężczyzna grubym, spokojnym głosem.
-Nie – pokiwałam przecząco głową. – Ale zawdzięczam coś temu chłopakowi i chciałabym go odwiedzić – wyjaśniłam.
-Chciałbym to pani umożliwić, ale chwilowo jest to niemożliwe – odpowiedział.
-Dlaczego?! – zapytałam impulsywnie.
-Ponieważ pacjent jest nieprzytomny – mówił spokojnie.
-I co teraz? – powiedziałam sama do siebie spuszczając głowę. – Mam do pana prośbę. Dałby mi pan kartkę i długopis?
-Ależ proszę – odpowiedział podając mi wymienione przedmioty.
-Proszę mu to przekazać jak się obudzi – powiedziałam, dając doktorowi napisany na prędko list.
-Dobrze – pokiwał twierdząco głową i odszedł.

          Czy to w porządku żegnać się takim listem? Zostało mi jednak mało czasu. Ale kto mógł przewidzieć, że będzie nieprzytomny?!  Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Podle się z tym czuję, ale…  Jeśli nie pojadę dziś z bliźniakami to się może źle dla mnie skończyć.
           Wróciłam w nienajlepszym humorze. Jednak nie byłam zdołowana, tylko wściekła, że nie mogłam z nim porozmawiać. Bez słowa ruszyłam do swojego pokoju i z impetem trzasnęłam drzwiami. Jedyne co usłyszałam przed założeniem słuchawek na uszy to bliźniaki proponujące mi śniadanie.
            Czas powoli mijał, a wskazówki nieubłaganie parły do przodu. W końcu zobaczyłam uchylające się drzwi.
-Już czas – powiedział krótko Łukasz.

         Z oporem wyszłam z pokoju. Moje bagaże były już zabrane. Włożyłam kurtkę i buty. Wychodziłam ostatnia. Przed zamknięciem drzwi spojrzałam jeszcze ze smutkiem na mieszkanie i opuściłam budynek.
        Ruszyłam w stronę samochodu. Kierowca otworzył mi drzwi od pojazdu i przywitał się. Wsiadłam i starałam się nie myśleć co będzie dalej.
-Witam państwa z powrotem – powiedział kierowca.
-Dzień dobry – odpowiedział Bartek.
-Co było przyczyną, tak nagłej decyzji naszego ojca? – zapytał Łukasz.
-Państwo wiecie o tragicznym zdarzeniu związanym z waszą matką prawda? Strata Pani Karoliny, była ogromnym ciosem dla nas wszystkich – mówił smutny. – Również i dla Pana Aleksego. Stwierdził, że taki cios może być dla was zbyt bolesny i woli mieć was przy sobie. 
-Bolesne to jest to, że musimy wracać – powiedziałam naburmuszona.
-Rozumiem co Panienka czuje – odpowiedział. – Ale ta cała sytuacja wpłynęła także na odejście Pani Blanki – mówił jakby z ulgą.
-Nie musisz się zwracać do mnie tak oficjalnie – powiedziałam spokojnie. 
-Powtórz ostatnie zdanie! – powiedział Łukasz. – Było ono jak melodia dla moich uszu.
-Pani Blanka wraz z synem odeszła. Stwierdziła, że Pan Aleksy poświęca wam za dużo czasu i uwagi – mówił z satysfakcją.
-Jeden problem z głowy – powiedział Łukasz.
-Raczej dwa. Jej syn to istny diabeł – dodał Bartek.

         Po tych słowach atmosfera bardzo się rozluźniła. Co prawda w ciszy, ale w dobrym nastroju ruszyliśmy dalej. Jedna myśl nie dawała nam jednak spokoju. Co będzie dalej?

***Perspektywa Grześka***

          Z trudem otworzyłem powieki. Od razu oślepiło mnie jaskrawe światło. Chciałem się ruszyć, ale moje ciało było zbyt ciężkie. Próbowałem także coś powiedzieć, ale nie mogłem wykrztusić z siebie słowa.
           Nagle do mojej sali weszła pielęgniarka, która widząc, że się obudziłem podeszła do mnie.
-Witamy wśród żywych – powiedziała z uśmiechem.
-Ile byłem nieprzytomny? – zapytałem z trudem.
-Trzy dni – odpowiedziała zerkając w moją kartę. – Miał pan wiele szczęścia.
-Jak długo będę musiał tu zostać? – zadałem kolejne pytanie.
-Ledwo pan się obudził, a już myśli o wypisie? – zapytała podnosząc lekko głos. 
-Mam mocne zdrowie – odpowiedziałem próbując przejść do pozycji siedzącej.
-To na pewno – odpowiedziała pielęgniarka pomagając mi. – Nie jeden nie przeżyłby takiego wyziębienia organizmu.
-Sama więc pani widzi – powiedziałem spokojnie.
-Zaraz pójdę po lekarza. Zbada pana i dowiemy się co i jak – mówiła wesoło.

            Kobieta wyszła zostawiając mnie samego. Przez ten czas jak jej nie było próbowałem zebrać myśli. Bez skutku. Od momentu wejścia na lód film całkowicie mi się urwał.
Nagle do sali wszedł postawny mężczyzna z teczką w ręku.
-Dzień dobry – przywitał się. – Dość szybko się pan wybudził, jak na tak poważny wypadek – mówił zamyślony. – Jak się pan czuje?
-Bywałem w lepszej formie – odpowiedziałem spokojnie. – Długo zajmie mi powrót do zdrowia?
-Biorąc pod uwagę pana obecny stan, raczej nie – uspokoił mnie trochę. – Ze szpitala powinni pana wypisać za góra półtorej tygodnia. 
-Półtorej tygodnia?! – spojrzałem na niego zszokowany. 
-Coś pana zdziwiło? To i tak ekspresowe tępo - wyjaśnił.
-Dla mnie to cała wieczność. Treningi mi przepadną, do tego…
-Treningi? – przerwał mi nagle. – Gra pan w coś?
-Tak – potwierdziłem. – W koszykówkę.
-Przykro mi to mówić, ale wypis ze szpitala a powrót do treningów to dwie różne sprawy – zaczął mówić spokojnie.
-Co ma pan na myśli? – zapytałem impulsywnie.
-Powrót do formy może trochę potrwać – zaczął wyjaśniać. – Ale najpierw zróbmy badania.

        Doktor wziął się do pracy. Sprawdzał mi serce, oddech, ciśnienie…  Co jakiś czas zapisywał też coś w swoich papierach.
-Tak jak myślałem – zaczął nagle. – Zdrowieje pan szybko, ale o powrocie do koszykówki musi pan na razie zapomnieć.
-Postaram się – odpowiedziałem niezachwycony usłyszaną informacją.

       Doktor skończywszy badania powiedział coś jeszcze do pielęgniarki i ruszył w stronę wyjścia. Przed drzwiami zatrzymał się jednak.
-O! Mało co i bym zapomniał – powiedział nagle. – Pewna dziewczyna poprosiła o przekazanie to panu – oznajmił, wyciągając z kieszeni zwitek papieru.

Mężczyzna podał mi go i wraz z pielęgniarką opuścił moją salę. Rozłożyłem kartę, a moim oczą ukazał się krótki lis.
„Wybacz, że piszę list. Wolałabym porozmawiać osobiście,
ale w mój ostatni dzień pobytu w tym mieście byłeś jeszcze nieprzytomny…
Chcę tylko żebyś wiedział, że…
JESTEŚ SKOŃCZONYM IDIOTĄ, GŁUPKIEM, DEBILEM, BARANEM, OSŁEM
i czym tam jeszcze można być! To wszystko.”
Na widok tego listu zacząłem się śmiać. No tak… Ona nie należy do osób, które będą życzyły szybkiego powrotu do zdrowia.  Po chwili jednak uśmiech zaczął znikać z mojej twarzy. Zdałem sobie sprawy, że jej już tu nie ma.
Ciszę przerwała moja matka, która wpadła do sali niczym huragan. Usiadła przy mnie i zaczęła zasypywać mnie masą pytań. Troskliwie wypytywała o moje zdrowie. Kiedy upewniła się, że już nic mi nie grozi zaczęła standardowo mnie besztać. Poczynając od wejścia na lód, a kończąc na bałaganie w moim pokoju, który miał niewiele wspólnego z obecną sytuacją.
            Następnego dnia wizytę złożyli mi Natan z Szymonem. Blondyn najwyraźniej chciał mnie wystraszyć, wpadając gwałtownie do sali, ale nie udało mu się to. Było go słychać już przy wejściu do szpitala.
-No, no – zaczął Natan. 
-Ale żeś się załatwił – dokończył Szymon.
-Jakoś żyję – odpowiedziałem.
-Za ile cię wypiszą? – zapytał Natan.
-Posiedzę tu góra półtorej tygodnia.
-Oho! W takim tempie nie przepadnie ci żaden dzień w szkole. SZCZĘŚCIARZU – zaśmiał się sarkastycznie. 
-Im szybciej mnie wypiszą, tym lepiej – zacząłem. – Już teraz najchętniej bym się wypisał, ale przez matkę jestem przykuty do łóżka.
-I dobrze – powiedział Szymon. – Leż i zdrowiej, bo jesteś blady jak ściana.
-Właśnie! – wtrącił nagle Natan. – A zawody?
-Dam radę – odpowiedziałem. - Do tego czasu na pewno wyzdrowieję.
-A spadek formy? Jak go nadrobisz? – zapytał Szymon. 
-Będzie dobrze.
-A treningi? – dodał Natan.
 -Jakoś wytrwam bez nich. Bardziej obawiam się trenera – westchnąłem.
-Będzie rzeźnia. On cie zabije – zaśmiał się Natan.
-Ledwo wyjdziesz ze szpitala, a już będziesz musiał do niego wracać – dodał Szymon.
-Raczej do kostnicy – dodałem lekko załamany.
-Jeszcze ci mało zimnych miejsc? – zaczął Natan. – Zresztą co cię podkusiło, aby wleźć na to jezioro?
-Chyba nie jesteś, aż tak głupi, aby wchodzić na kruchy lód dla zabawy – podsumował Szymon.
-To jest długa historia – odpowiedziałem krótko, aby uniknąć tematu.
-Mamy czas! – dodał Natan rozsiadając się na krześle.
-Długa historia, o której nie mam zamiaru odpowiadać…
-Jak możesz mieć tajemnice przed przyjacielem – zaczął Natan tonem małego dziecka.
-Daj mu spokój – zaśmiał się Szymon. – Widocznie to głębsza sprawa.
-Hę? – zaczął podejrzliwie blondyn. – To nie zmienia faktu, że pierwsze na miejscu zdarzenia były Luna i Angelika.
-Do czego ty zmierzasz? – zacząłem niepewnie.
-Może… KIEDY POSZEDŁEŚ SZUKAĆ LUNY, ANGELIKA POBIEGŁA ZA TOBĄ. CAŁĄ TRÓJKĄ SPOTKALISCIE SIĘ NA MOŚCIE. ZACZĘLIŚCIE ROZMAWIAĆ I DZIEWCZYNY WŚEIKŁE NA TO, ŻE NIE WYBIERASZ ANI JEDNEJ ANI DRUGIEJ ZRZUCIŁY CIĘ Z MOSTU. PÓŹNIEJ WIDZĄC, ŻE SIĘ TOPISZ, NIE CHCIAŁY CIĘ MIEĆ NA SUMIENIU I POBIEGŁY PO POMOC!!! – mówił podekscytowany. 
-To… - zacząłem załamanym tonem.
-Wiem – powiedział dumnie. – Mój geniusz mnie przerasta.
-Ten scenariusz jest równie prawdopodobny, co ty wygrywający olimpiadę naukową – zaczął drzeć się na niego Szymon.
-Skąd ci się to bierze – spojrzałem rozbawiony na Natana.
-Bwehh… - westchnął chłopak. – To ja już nie wiem. Ale to nie zmienia faktu, że Luna wyjechała – powiedział już o wiele mniej optymistycznie.
-Ciekawe na ile tym razem zniknie – zaczął Szymon.
-Na krótko! – odpowiedziałem szybko. – Mam coś co muszę jej zwrócić.

           Chłopaki pobyli jeszcze jakiś czas u mnie po czym wyszli, bo musieli coś załatwić. Długo siedziałem w ciszy, aż przyszedł do mnie dzisiaj jeszcze jeden gość, którego absolutnie się nie spodziewałem.
-Jak się czujesz? – zaczęła troskliwym tonem.
-A od kiedy się o mnie martwisz? – zapytałem.
-Od zawsze. Tylko ty nie zwracasz na to uwagi – krzyknęła.
-Od zawsze? – powtórzyłem podnosząc się z łóżka.
-Tak – odpowiedziała spokojnie. – Bardziej niż ktokolwiek.
-Angelika!!! – wydarłem się na dziewczynę stając koło niej i chwytając ją za nadgarstki. – Dziewczyno! To przez ciebie tu leżę. Coś ty sobie w ogóle myślała.
-Ale jak to? – powiedziała wpatrując się we mnie
.-Nawet nie wiesz co Luna przeżywała przed i po waszej rozmowie – zacząłem wyjaśniać mając nieustannie podniesiony ton. – Kim ty się do cholery stałaś?! Krzywdzisz bogu ducha winne osoby!
-Nie zauważyłeś, że ja to robiłam z myślą o nas?! – również podniosła głos.
-Z myślą o nas?! – nie chciało mi się wierzyć w słowa dziewczyny. 
-Nie mogłam patrzeć, jak spędzasz czas z innymi dziewczynami – zaczęła rzucać we mnie argumentami. – Faktycznie latem w tej kawiarni to może przesadziłam, ale z ta całą blondynką… Co ona ma niby takiego w sobie?!
-Zrozum – zacząłem spokojnie, puszczając nadgarstki Angeliki. - Zmieniłaś się. Może gdyby nie te wszystkie incydenty bylibyśmy nadal razem, ale pokazałaś swoją prawdziwą naturę. Podobała mi się twoja maska, a nie to kim jesteś naprawdę.
-Czyli chcesz mi powiedzieć…
-Że tak naprawdę nigdy cię nie kochałem, tylko iluzję którą tworzyłaś wokół siebie - sprostowałem.
-Ty! – wrzasnęła na mnie. – Nienawidzę cię. Żałują, że zamiast rzucić tego naszyjnika, nie zepchnęłam jej z tego mostu. Może wtedy was oboje trafiłby szlak!!! – wrzasnęła zatrzaskując za sobą drzwi.

Przez chwilę patrzyłem na drzwi po czym ciężko usiadłem na łóżku. To była trudna rozmowa, ale nareszcie mam ją za sobą. Westchnąłem i położyłem się.

***

Tak jak obiecali. Po półtorej tygodnia zostałem wypisany ze szpitala. Po powrocie do domu posiedziałem jeszcze jeden dzień w domu po czym poszedłem do szkoły.
Wchodząc do budynku ujrzałem zbiorowisko osób będących na wycieczce w klasie numer 7. Okazało się, że wywołano zdjęcia z naszego wyjazdu i każdy uczeń otrzymywał kopertę z fotografiami, na których był.
-Grzesiek – powiedziała jedna z nauczycielek. – To twoje – podała mi brązową kopertę.
-Dziękuję – powiedziałem odbierając zdjęcia.
-Kurczę – powiedziała sama do siebie.
-Coś się stało? – zapytałem.
-Mam problem ze zdjęciami uczennicy, która się wypisała z tej szkoły – powiedziała zamyślona.
-Jak się nazywa?! – zapytałem impulsywnie mimo, że znałem odpowiedź.
-Luna Kułak. Masz z nią kontakt? – zapytała.
-Proszę dać mi jej kopertę. Na pewno przekażę – zaoferowałem pomoc. 
-Naprawdę? – powiedziała kobieta. – To świetnie!

Zadzwonił dzwonek. Ruszyłem w stronę klasy. Usiadłem w ławce i wyciągnąłem swoje zdjęcia. Kilka głupich i śmiesznych fotografii z przyjaciółmi, zdjęcia grupowe, trochę kadrów z krajobrazem. Jednak to ostatnie zdjęcie przykuło moją uwagę. Przedstawiało mnie i Lunę podczas pobytu w centrum sportowym.
Wyciągnąłem gumkę do ścierania z piórnika i wycelowałem nią prosto w Natana. Chłopak gwałtownie odwrócił się w moją stronę. Pokazałem mu wtedy to zdjęcie unosząc jedną brew do góry. Blondyn jedynie zaśmiał się głupio i odwrócił z powrotem.
Złapałem również za kopertę Luny otworzyłem ją, ale nie patrzyłem na zdjęcia. Wrzuciłem tam jedynie mały przedmiot i zamknąłem ją z powrotem.

***Pięć miesięcy później. Zakończenie roku szkolnego. Perspektywa Luny***

                Nie zależało mi na byciu na apelu końcowo rocznym. Moje świadectwo i tak odbiorą bliźniaki. Tego dnia wróciłam do miasta, które jeszcze niedawno nazywałam domem. Wiedziałam, że wszyscy moi znajomi i przyjaciele będą w szkole więc powoli udałam się w tamtym kierunku. Kiedy dotarłam na miejsce stanęłam przed drzwiami wejściowymi. Chciałam wejść, ale zrezygnowałam. Cofnęłam się i usiadłam na jednej z pobliskich ławeczek.
                Po chwili ze szkoły zaczęła wypływać rzesza uczniów. Wstałam wtedy i zaczęłam się rozglądać. Nagle poczułam, że ktoś ręką zasłania mi oczy. Odwróciłam się.
-Grzesiek?! – krzyknęłam zdziwiona. – Zaskoczyłeś mnie. No i ten… Ja… Cię bardzo przepraszam za…
-A! Stop – przerwał mi. – Nie chcę do tego wracać.
-Ale… To co zrobiłeś…
-Zrobiłem to dla ciebie – dodał.
-Jak możesz mówić o tym tak otwarcie – krzyknęłam zawstydzona.
-Mam coś dla ciebie – powiedział spokojnie, podając mi kopertę.
-Zdjęcia? – powiedziałam badając zawartość.
-Jejku. Przechyl kopertę – przewrócił oczami.

       W tym momencie z koperty wyleciał mój wisiorek. Przez chwilę patrzyłam się na niego z niedowierzaniem.
-Jak? – zapytałam zszokowana.
-Nie ma rzeczy niemożliwych – powiedział łapiąc za wisiorek i zapinając mi go na szyi.
-Przecież ona wyrzuciła go daleko. Poszedłeś taki kawał? Dlaczego? 
- Bo cię kocham – dodał z uśmiechem na co ja spojrzałam się na niego zaczerwieniona. 
-A ja cię nienawidzę, skończony kretynie!!! – dodałam naburmuszona.
-No to spróbujemy to zmienić – powiedział śmiejąc się.

                Chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć za sobą. Poszliśmy przed siebie nie zważając co przyniesie przyszłość. Dzisiejszy dzień jak i całe wakacje na pewno będą nasze.

KONIEC

***
Pierwsze opowiadanie za mną :) Mam nadzieję, że się podobało. Jutro dodam zapowiedź nowej historii. 
Dzisiejszy rozdział jest ciepły jak świeże bułeczki. Dosłownie przed sekundą napisany. W pewnym momencie myślałam jednak, że nie dam rady go dzisiaj napisać. Do tego jeszcze ten fail z zapisem. Przez przypadek przy wyłączaniu Worda kliknęłam ,,Nie” zamiast ,,Tak” i dwie strony pooooszłyyyy! xD „Troszkę” się zdenerwowałam, ale jakoś dotrwałam do końca.

4 komentarze:

  1. Zakochalam sie normalnie w tobie w tym opowiadaniu we wszystkim tym o c: swietnie piszesz swietny pomysl styl mmm :* a teraz szybko pisz następne opowiadanie bo chce dalej czytac :) dziękuje ci za to ze to napisalas (: czekam czekam i pozdrawiam c: :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi :D Ciesze się, że się Tobie podobało :)

      Usuń
  2. Czemu nie Natan CZEMUU XDDD
    Mam tendencję do paringowania niewłaściwych osób. To się dzieje ZAWSZE :D
    Ale i tak mi się podobało. :3
    Czekam na nową historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jakoś tak wyszło, że nie Natan xD Nie ty jedna masz tendencję do tworzenie niewłaściwych paringów xD U mnie też się to często zdarza :D

      Usuń