czwartek, 14 sierpnia 2014

9.Jak odbicie w lustrze
      Po skończeniu rozmowy telefonicznej jak burza wpadłam do mieszkania i zaczęłam pakować podręczną torebkę. Bliźniaki przyglądały mi się z szokiem.
- Co się dzieje? – zapytał Bartek.
-Zamknij się! – wrzasnęłam nie przestając się pakować.
-Oj, przestań. Wiemy, że nasze zachowanie podczas meczu było głupie, ale…
-Co? Nie o to chodzi – mówiłam jak maszyna.
-To o co? – zapytał Łukasz, którego całkowicie zignorowałam.
-Ej, Luna! – krzyknął Bartek łapiąc mnie za nadgarstek.
     Przez chwilę się szarpałam, ale nagle umilkłam. Spuściłam głowę, a do oczu zaczęły napływać mi łzy. Zanim rozmazał mi się obraz zauważyłam zdezorientowane twarze bliźniaków. Podeszłam do Bartka i załamana położyłam głowę na jego klatce piersiowej.
-Dzwonili z kliniki. Naszej mamie się pogorszyło…
      Po tych słowach nie byłam w stanie powiedzieć już nic więcej. Bartek położył mi jedną rękę na głowie i zaczął trochę uspokajać. W tym czasie Łukasz zaczął pakować nasze rzeczy i szykować się do wyjścia.
-Co wy robicie? – zapytałam resztkami sił.
-Chyba nie sądziłaś, że puścimy cię samą – odpowiedział troskliwie Bartek.
      Bardzo mi ulżyło. Bliźniaki potrafią zachowywać się jak ostatni idioci, ale kiedy sytuacja tego wymaga są naprawdę wzorowymi braćmi. Nie sądziłam, że pojadą do matki ze mną. Co prawda Bartek i Łukasz nie pokłócili się z nią, ale z całej rodziny tylko ja utrzymywałam z naszą rodzicielką jako taki kontakt.
   Koło dwudziestej pierwszej siedzieliśmy już w pociągu. Czekała nas długa podróż. Dopiero o 2:40 mieliśmy być na miejscu. Licząc drobne opóźnienia dotarliśmy o trzeciej. Nie znaliśmy dokładnego położenia kliniki. Mieliśmy tylko jej adres, co w nieznanym mieście i tak za wiele nie pomagało. Na stacji na tablicy ogłoszeń widniała reklamówka taksówek. Łukasz pospiesznie zadzwonił po jedną z nich. Podaliśmy kierowcy adres. Jechaliśmy przez ciemne miasto jakieś dwadzieścia minut, ale podróż strasznie mi się dłużyła.
    Wysiedliśmy koło dużego, nowoczesnego budynku. Jeszcze chwile temu byłam strasznie zdeterminowana, aby tu przyjechać. Teraz niestety zawahałam  się przed drzwiami kliniki. Cieszę się, że miałam ze sobą bliźniaków. Byli naprawdę kojącym wsparciem. To dzięki ich obecności odważyłam się na przestąpienie progu.
    Udaliśmy się do recepcji. Po podaniu swoich nazwisk zostaliśmy odesłani z jakąś kobietą na trzecie piętro. W milczeniu przemierzaliśmy długie korytarze. Wsiedliśmy do windy. W mgnieniu oka znaleźliśmy się przed pokojem numer 67. Nie mogliśmy jednak wejść. Pielęgniarka zatrzymała nas przed samymi drzwiami, po czym samotnie weszła do pomieszczenia. Wróciła po około pięciu minutach.
-Przykro mi, ale na razie nie możecie odwiedzić pacjentki – powiedziała stanowczo.
-Dlaczego? – zapytałam troskliwie, a równocześnie ze strachem w oczach.
-Stan pani Kułak na razie na to nie pozwala. Powiadomię państwa, gdy tylko sytuacja ulegnie zmianie – odpowiedziała kobieta, na co ja spuściłam tylko głowę.
- Kpi sobie z nas pani! Przejechaliśmy 600 km, aby odwiedzić naszą matkę – wrzasnął Bartek.
-Najpierw do nas dzwonicie, a teraz robicie jakieś problemy – dokończył Łukasz.
     Bliźniaki zaczęły kłócić się na dobre z pielęgniarką. Mi w tym czasie robiło się coraz słabiej. Zakręciło mi się w głowie. Usiadłam na pobliskie krzesło stojące przy ścianie. Ukryłam twarz w dłoniach. Z oczu zaczęły płynąć mi łzy.
-Wystarczy… - powiedziałam drżącym głosem. – Poczekamy.
   Wszystko ucichło. Zdenerwowani bracia usiedli tylko przy mnie nie mówiąc już nic. Pielęgniarka poinformowała nas spokojnie, że o wszelkich zmianach poinformują nas jako pierwszych.
    Czas płynął. Było koło szóstej kiedy do pokoju mamy weszła jakaś kobieta. Po dziesięciu minutach zaprosiła nas do środka. Nie wiem czy było to po mnie widać, ale cała się trzęsłam. Powoli wypuściłam powietrze z ust i weszłam do sali. 
-Cała trójka? – powiedziała zdziwiona matka. – Kochani jesteście…
     Mówiła słabo, ale ze szczerym uśmiechem. Była bardzo osłabiona. Miała podkrążone oczy i strasznie schudła. Kości policzkowe były teraz bardzo wyraźne. Skórę miała bladą, a niegdyś mocne, grube włosy, zmieniły się w cienkie i matowe. Wyglądała jak wrak człowieka.
- Witaj mamuś – powiedziałam z uśmiechem.
-Kopę lat – przywitał się Bartek.
-Jak się czujesz? – zapytał Łukasz.
-Widząc was o wiele lepiej mi się zrobiło – mówiła ocierając łzy. – Dziękuję, że jesteście przy mnie.
      Rozmawialiśmy długo. Chcieliśmy w te kilka godzin nadrobić stracony czas. Koło ósmej przerwał nam mój telefon. Na początku nie chciałam odbierać, ale mama kazała mi to zrobić, pod wymówką, że to może być coś ważnego. Co może być ważniejsze niż ona teraz? Mimo wszystko uległam. Wyszłam z sali na korytarz i odebrałam telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię przewodniczącej.
-Halo.
-Luna? Gdzie ty jesteś? Dziś dyskoteka. Trzeba przygotować salę – mówiła podekscytowana.
-Dzisiaj mnie nie będzie – odpowiadałam bez emocji. – Na zapleczu w 13 są gotowe dekoracje. Poproś kogoś o rozwieszenie ich. 
-Dobrze. Ale czemu? – zapytała troskliwie.
-Przepraszam… Nie mam czasu rozmawiać.
-Lun…
     Rozłączyłam się. Kaśka najwyraźniej chciała drążyć temat, ale ja nie miałam na to siły. Wyłączyłam telefon i wróciłam do sali. Uśmiechnęłam się do wszystkich i wplotłam na nowo w rozmowę.  Teraz już nic nam nie przeszkadzało. Rozmawialiśmy kilka godzin, choć zdawało się jakby to było kilka minut. Każdy chciał coś opowiedzieć, zwierzyć się, wygadać.
Brak snu dał się jednak we znaki. Przez nieprzespaną noc zaczęłam się trochę nużyć. Nawet nie wiem kiedy położyłam się na ramieniu Łukasza i po prostu zasnęłam. Obudziła mnie dopiero pielęgniarka wchodząca do sali. Kobieta sprawdziła wszelakie aparatury i po chwili wyszła.
-O! Obudziłaś się. – powiedział Łukasz z uśmiechem na twarzy.
-Przepraszam. Długo spałam? – zapytałam przecierając oczy.
-Z godzinę lub półtora – odpowiedział Bartek patrząc na zegarek.
-Trzeba było mnie obudzić.  – mówiłam zaspana.
-Przyjechałaś tu do mnie specjalnie w środku nocy. Nie pozwoliłabym cie obudzić . – wyjaśniła mama.
-Otóż to… w środku nocy – powtórzył Łukasz. – Zadzwonili do Luny wieczorem. Czemu nie zrobili tego rano?
     Chyba w końcu zostało zadane właściwe pytanie. Nasza rodzicielka spuściła tylko wzrok, a uśmiech stopniowo znikał z jej twarzy.
-No bo widzicie… To mój ostatni dzień tutaj.
-Co masz na myśli? – zapytał Bartek za całą naszą trójkę.
-Jutro wyjeżdżam za granicę i dzisiejszy termin był dla mnie jakby ostatnim dzwonkiem, żeby was zobaczyć – mówiła przez łzy.
-Co ty wygadujesz? Przecież zawsze możemy cię odwiedzić, gdziekolwiek byś nie była. – mówił spokojnie Łukasz.
-Kochani jesteście, ale ja wyjadę naprawdę daleko. I chcę być z wami szczera. Mój stan nie jest najlepszy. Nie zostało mi dużo czasu, dlatego tak bardzo zależało mi na dzisiejszym spotkaniu. Nie wiem jak potoczą się moje losy za granicą, ale wiedzcie, że uczyniliście mnie swoją obecnością najszczęśliwszą kobietą na ziemi. – powiedziała uśmiechając się do nas serdecznie. – To, że was mam jest moim największym sukcesem osiągniętym w życiu.
     Nic nie mówiłam. Czułam jakbym miała supeł w gardle. Przyłożyłam tylko ręce do ust i rozpłakałam się. To była chyba najgorsza sytuacja w moim życiu. W jednej chwili dowiedziałam się, że najprawdopodobniej ostatni raz widzę swoją matkę. Targało mną teraz masę emocji. Po bliźniakach nie było tego widać, ale wiedziałam, że w środku cierpią równie mocno jak ja.
-Przepraszam was chłopcy, ale czy moglibyście na razie zostawić nas same – powiedziała do bliźniaków.
-Czas na babskie pogaduchy, co? – odpowiedział Bartek wychodząc razem z Łukaszem.
     Zostałyśmy same. Nie wiedziałam co mam mówić. Przez bardzo długą chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Nagle przerwałam ciszę.
-Bartek i Łukasz mogą zacząć się niepokoić. Czemu chciałaś porozmawiać ze mną sam na sam?
-Widzisz… Po prostu chciałam ci podziękować osobiście. Za te telefony , pocztówki…  To dzięki nim poczułam tutaj cząstkę dawnego życia – mówiła słabym głosem, który przepełniony był mimo wszystko radością.
-A więc o to chodzi – uśmiechnęłam się. – Dla mnie to też miało duże znacznie.
-Pani Kułak za 5min chcę przeprowadzić badania. Proszę się pospieszyć – poinformowała nas pielęgniarka, która bardzo nie wyczuła chwili.
-Chciałabym ci coś dać – oznajmiła zdejmując z szyi srebrny łańcuszek z przepięknym wisiorkiem. – Mam to od bardzo dawna. Mi już się nie przyda, za to ty będziesz miała moją małą cząstkę zawsze przy sobie – powiedziała kładąc mi biżuterie na dłoń.
-Jest piękny. Dziękuję – odpowiedziałam zaciskając rękę z łańcuszkiem.
-Dlaczego musisz być tak podobna do mnie? – mówiła zamyślona.
-Co masz na myśli? – zapytałam bardzo zdziwiona.
-Patrząc na ciebie, widzę swoje odbicie sprzed kilkunastu lat. Wierzę jednak, że nie pogubisz się tak jak ja – powiedziała przykładając mi rękę do policzka i opierając swoje czoło o moje. – Żegnaj córeczko.
-Nie mów tak. Wiem, że się jeszcze spotkamy. Do zobaczenia – rzuciłam na pożegnanie
    Na korytarzu zawiesiłam sobie łańcuszek na szyi. Nasza rozmowa jakimś cudem zadziałała na mnie pozytywnie. Było mi znacznie lżej na duszy. Bliźniaki spojrzały się tylko na mnie, ale nic nie mówiły. Myślę, że wyczuli mój polepszony stan. Zabraliśmy się i spokojnie ruszyliśmy na stację.
       Siedząc w pociągu patrzyłam przez okno na przesuwający się krajobraz. 
-Mimo wszystko, nie wróciłaś po rozwodzie do panieńskiego nazwiska, co? – pomyślałam zamykając oczy i usypiając.


***W tym samym czasie. Szkoła. Impreza zakańczająca festyn.

 Perspektywa Natana.***

- LUUUUUUUUUUUUUUDZIE jak stypa – powiedziałem siadając na krześle obok Grześka i opierając głowę o stół.
-Serio? Spójrz, inni świetnie się bawią. Idź w ich ślady – odpowiedział znudzony.
-Zrobiłbym to, ale nie mam siły. Musiałem pomóc w dekorowaniu sali. Wykańczające – mówiłem zmęczony. – Zresztą! Ty też nie jesteś dzisiaj królem parkietu. Masa dziewczyn chce z tobą zatańczyć. Ziść marzenia którejś.
-Nie mam ochoty – odparł odchylając się do tyłu i patrząc w sufit. – Miałem inne plany na tą dyskotekę.
-Serio? Jakie? – zapytałem z ciekawości.
-Nieważne już. Posypały się.
-Przysięgam, że jak tylko spotkam Lunę, to ją ukatrupię – powiedziałem wstając z krzesła i przeciągając się. – Od tych dekoracji strasznie bolą mnie plecy. A tak na marginesie. Ciekawe czemu jej nie ma?
-Nie mam pojęcia. Podobno przewodnicząca dzwoniła do niej rano, ale niczego się nie dowiedziała – odpowiedział mi podpierając ręką głowę.
-Może nie przyszła, bo się wkurzyła o zakład – zażartowałem.
-Może…
-Teoretycznie mógłbyś zrobić z nią co chcesz – mówiłem robiąc głupie miny.
-Dureń – odpowiedział śmiejąc się.
      Rozglądałem się po sali. Wszyscy świetnie się bawili. Większość drużyny koszykarskiej zabawiała się z pomponiarami,  Szymon robił za DJ’a, Igor i Kaśka zarywali do siebie, Angelika ze swoją świtą też wydawała się dobrze bawić. Tylko obolały ja i Grzesiek, który był dzisiaj stanowczo nie w sosie, podpieraliśmy ściany.
-Daj mi swój telefon – powiedziałem do Grześka.
-Po co? – zapytał zdziwiony. – Nie masz swojego?
-Padł – powiedziałem pokazując wyłączoną komórkę.
     Grzesiek dał mi swój telefon, a ja wyszedłem z sali na korytarz. Wszedłem w historie połączeń. Idiota! Udaje obojętnego, a dzwonił do niej kilkanaście razy. Teraz ja spróbuję się skontaktować z Luną.
Abonent czasowo niedostępny.
     By cię szlag. Mogłabyś chociaż włączyć telefon.
   Wyrzuciłem z historii wykonane przeze mnie połączenie. Puściłem strzałkę na swój domowy, aby mieć wymówkę. Wróciłem na salę. Udawałem, że musiałem załatwić jakąś sprawę rodzinną. Jeszcze przez dłuższą chwilę gadałem z Grześkiem.
-Dobra! Dość! – powiedziałem wstając z krzesła. – Luna z rana zachowywała się bardzo dziwnie, z tego co mówiła Kaśka. Wyłączyła telefon. Do nikogo nie zadzwoniła, ani nawet nie napisała. Nie wiem co jest grane. Przyjaźnimy się od podstawówki. To do niej nie podobne, aby tak znikać bez słowa. Robię jej wjazd na chatę. 
-Zdurniałeś do reszty – powiedział Grzesiek podnosząc na mnie wzrok.
-Może. Ale co mi tam. I tak dzisiaj nie mam ochoty na dyskotekę. A skoro zdurniałem, to ty razem ze mną. Idziemy razem – powiedziałem pewny siebie. Skoro sam się nie odważy, aby tam pójść, to ja go do tego zmuszę.
      Myślę, że nikt nie widział naszego wyjścia, mimo, że dosłownie silą zaciągnąłem Grześka do tramwaju. Dojechaliśmy na miejsce. Zawiodłem się. W mieszkaniu nikogo nie było. Wyszliśmy z budynku.
-Poddają się – powiedziałem zrezygnowany.
-Może pojechała gdzieś na weekend? – rzucił opcję Grzesiek.
-Możliwe, ale czemu nic nie powiedziała? – zrobiłem minę obrażonego dziecka.
    Postanowiliśmy wrócić do domu.. W pewnym momencie Grzesiek wysiadł i zostałem w tramwaju całkiem sam. Włączyłem telefon. Teraz już nie musiałem udawać, że mi się rozładował. Nie minęła minuta, a zadzwonił Szymon.
-Halo.
-Stary, gdzie was wywiało?
-Jakoś nie mogliśmy się z Grześkiem wczuć.
-Dobra, dobra. Ale następnym razem uprzedźcie kopciuszki, że wyjdziecie przed północą. Wszyscy się o was pytali.
-No okej. 
-Na razie.
-Trzymaj się.
     Rozłączyłem się. Po tej rozmowie spróbowałem jeszcze kilka razy skontaktować się z Luną. Bez skutku. Zacząłem patrzeć przez okno na spadające pałatki śniegu.
-Podejrzewam z kim związane były te twoje dzisiejsze plany. Naprawdę jesteś idiotą, że się boisz do tego przyznać, Grzesiek – powiedziałem do siebie zanim wysiadłem z tramwaju i ruszyłem do domu.
***
Dzisiaj rozdział trochę smutny. Mimo takiego nastroju w nim panującego, napisałam go bardzo szybko. Widocznie noc mi służy i dodaje weny. ^^ Ostatnie 2 rozdziały napisałam ok. 2-3 nad ranem. xD